Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/208

Ta strona została skorygowana.


w stale wracającą co czwarty dzień febrę, z którą wszakże dziewczyna kryła się przed ludźmi, żeby jéj roboty nie odjęto. Głowa jéj wtedy ciężyła jak kamień, w kościach łamało jak kołem, a takie miała pragnienie, że nieraz się nad rowem położywszy, piła a piła, aż ją odęło całą.
Ponieważ Gawroński pozwolił jéj piec dwa razy na dzień kartofle, przestała chleb kupować, a nawet nie kupowała i soli, któréj dzieciaki z szynku czasem przyniosły. Składała za to grosz do grosza, dziesiątkę do dziesiątki, a kiedy po dwóch tygodniach pracy złożyła dziesięć złotych, poczerwieniała z radości i zawiodła piosnkę, przypomnianą z dawnych, dawnych lat. Dzień to był wyjątkowo ciepły, chociaż mglisty; przydrożne topole stały bez ruchu, cienkie niteczki babiego lata srebrzyły się nad ziemią, unoszone jakimś niewidzialnym, leciuchnym podmuchem, a słońce zachodziło blado-złote, bezpromienne, wsiąkając zwolna w liliowy tuman ponad lasem.
Od miasta szło towarzystwo, damy i panowie, a idąc, rozmawiali wesoło. W małych miasteczkach często się zdarzają takie przechadzki: to na szosę, to do jakiegoś uprzywilejowanego punktu, to między pola podmiejskie. Hanka śpiewała. Zdawało się, że uciśniona, zagłuchła jéj dusza dostała nagle i skrzydeł i głosu. Jakaś zorza wyszła z pod serca dziewczyny na jéj twarz wychudłą, w zapadłych oazach paliła się reszta gorączki po wczorajszéj febrze, usta jéj drżały. Głos zrazu rwał się i łamał, potém się zwolna rozciągnął do jakiéjś dziwnéj skali, aż rozbrzmiał na całe pole, pod las poleciał, na łąki, pełny, dzwoniący, wilgotny, jakby nabrany rosą. Rzecz dziwna. O trze-