Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/211

Ta strona została skorygowana.


Dziewczyna była jakby skamieniała. Wszystkie złote nadzieje, jakie przed chwilą roiła z powodu owych dziesięciu złotych i spodziewanych trzewików, opadły jéj z serca tak, jak opadają liście z drzewiny pod tchnieniem jesiennego wichru. Nie znając ani istoty prawa, które ją dosięgało, ani zakresu władzy, pod którą tu była, lękała się wszystkiego. Owszem, zdawało jéj się, że każdy ma moc uczynienia z nią co mu się podoba. Sztraf, kara, majaczyły jéj po głowie niby dwa dziwaczne widma, z których każde wyciągało długie, długie ręce po jéj zarobek krwawy. Pod wpływem niepokoju tego przycisnęła obie dłonie do szczupłéj piersi, gdzie w zanadrzu miała chuścinę z swemi dziesięciu złotemi.
Pan sekretarz tymczasem obejrzał się ukradkiem na prawo, na lewo, błysnął oczyma, zasunął je powiekami i zapytał zcicha:
— A gdzie ty nocujesz? a?...
— Tu, wielmożny panie, nocuję.
— Gdzie „tu?” W karczmie?...
— Nie, wielmożny panie, tutaj...
— Tam, w szopie?... a?...
— Nie, tu... tu, na polu...
Pan sekretarz zadziwił się.
— Jak?... Na polu?... sama?...
— Juści-że...
— A tobie nie zimno? a?...
— Juści-że... wielmożny panie.
— Tak na tobie na wódkę. — Tu pan sekretarz sięgnął do kieszeni i rękę z dziesiątką do dziewczyny wyciągnął. — Do karczmy idź, rozgrzéj się.