Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/212

Ta strona została skorygowana.


Chciał więcéj coś mówić, ale na drodze podniosła się kurzawa i rozległy krzyki chłopaków, spędzających bydło.
Skoczył tedy pan Kosickij przez rów na drugą stronę szosy i, zanim Hanka podziękować mu zdążyła, oddalił się pośpiesznym krokiem. Dziewczynie zrobiło się czegoś dziwno. Młody pan był miłosierny, ale coś ci srogiego miał w oczach... O sztrafie mówił, o karze, a dziesiątkę jéj zadarmo dał... No, no... Patrzała za odchodzącym, obracała pieniądz w ręku i kiwała głową; a jakby nie będąc pewną, czy dziesiątka ta sprawiedliwie do niéj należy, nie śmiała jéj wiązać w swoję chuścinę, tylko ją w kieszeń wsunęła. Zebrała potém resztę wykopanych kartofli i z trudem sobie zadawszy worek na plecy, poszła go wysypać na przykryty słomą kopczyk, który stał pomiędzy karczmą a stodołą.
Widok słomy nasunął jéj myśl, że gdyby szynkarz użyczył jéj choć płachetkę trzęsionki, jaką bydłu ścielą, byłoby jéj daleko i suszéj i ciepléj spać, niż na téj świętéj ziemi... Przystanęła tedy przed karczmą, czekając, aż Gawroński wyjdzie, gdyż szynkarka nawet do sieni po motykę niechętnie ją puszczała, utrzymując, że ino patrzéć, jak ten obieżyświat co porwie.
Stała więc Hanka pokornie pod ścianą, głęboko zasunąwszy ręce w rękawy i wtuliwszy głowę pomiędzy ramiona, jak to był u niéj ruch zwykły. Nadszedł Gawroński, pokłoniła mu się do kolan, prosząc o „ździebluchno” słomy. W téjże wszakże chwili wypadła czatująca przy oknie szynkarka i, ująwszy się pod boki, krzyknęła:
— Widzieliśta, moi ludzie, żeby na taki ciężki