Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/213

Ta strona została skorygowana.


rok słomę po polu roznosić? Własnym krowinom człowiek ujmuje, aby ino, aby ino, póki Pan Jezus żyta omłócić nie da, a takie tam ledaco będzie tu sobie posłanie „rządziła.” Może ci jeszcze pierzynę wynieść? Abo łóżko? Co?... A ty, głupi, czego stoisz i oczy wytrzeszczasz? — fuknęła na męża. — W izbie pełno ludzi, a on tu będzie stał i „bałamoncił.”
— Ino nie wrzeszczyć, matka! ino nie wrzeszczyć, bekowiska po próżnicy nie robić! — odrzekł Gawroński wolnym i dobitnym głosem, — Panu Bogu ino z tego obraza, a ludziom śmiech. A cóż to ja nie gospodarz, żebym zaś sam ze siebie nie wiedział, co do czego jest należące? Juści, że krowy pierwsze, to się wie. Anoby się i dziewczynie patrzyło ździebko słomy.
Zaniosła się do nowego krzyku karczmarka, ale Gawroński energiczniéj jeszcze machnął ręką i do Hanki się zwrócił.
— Słuchajże, dziewucha, — rzekł. — Zrzucił ta Bartek z kalenicy parę snopków, co bez nie do sąsieka ciekło; idźże ty za stodołę i snopek abo i dwa snopki sobie weź. Choć to tam nietęga obrada, boć to wszystko zbutwiało do licha, ale równo ciepléj, niż na szczeréj roli.
Pocałowała Hanka szynkarza i szynkarkę w rękę i za stodołę poszła. Okazało się jednak, że zrzucone z kalenicy snopki były zupełnie przegniłe i aż ciężkie z mokrości, że ich zatém i brać nie było co. Wróciła tedy na kartoflisko, posłanie sobie „rządzić” z wilgotnego worka, jak i dawniéj.
Tymczasem owe przedzachodnie mgły i tumany zgęstniały i zaczęły mżyć drobnym, przejmującym deszczem. Kilka gwiazd, które tuż po zachodzie słońca