Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/214

Ta strona została skorygowana.


wybłysły były, skryły się teraz i roztopiły w szarém, bezbarwném powietrzu.
Okrywała się Hanka jak mogła, a co na jeden bok zmokła, to się przewracała na drugi. Przewracanie się wszakże takie z boku na bok nie dozwalało jéj zasnąć. Otwarła tedy oczy i rozpatrywała się dokoła w coraz gęstniejącéj ciemności. Patrzyła najpierw na niebo i wyraźnie widziała, gdzie się ono zaczyna, a gdzie kończy; patrzyła na karczmę, a z pod jéj wysokiego czarnego dachu spostrzegła wybłyskujące w dwóch oknach światełka mętne i żółte; patrzyła na las i widziała, jak pochmurzone jodły stoją martwo i jak pod niemi jałowce czernieją. Wreszcie zatrzymała oczy na wiatraku, którego nieruchome śmigi sterczały ku niebu, jakoby podniesione ramiona. Wkrótce wszakże linie zaczęły się zacierać, kształty niknąć, a coraz grubsza ciemność rozlewała się z każdą chwilą dokoła. Najpierw zniknął las, potém wiatrak, potém owe światełka w karczmie, wreszcie i niebo zlało się z ziemią, a dziewczynę objęła bezgraniczna noc, w któréj jeśli i były nawet jakie widma, to oko ludzkie dojrzéć ich nie mogło.
Chwilę jeszcze patrzyła Hanka w tę ciemność, potém skuliła się pod swoją chustką i zamknęła oczy.
Koło północy być już musiało, kiedy ją doszły jakieś niewyraźne szmery, jakoby deptanie przywiędłych łęcin kartoflanych. Podniosła głowę i patrzyła. Nic wszakże dojrzéć nie było można w tych gęstych, dotykalnych niemal mrokach. Dziewczyna znów zasypiać zaczęła.
Wtém zdało jéj się, że czuje jakiś gorący oddech tuż nad sobą i że jakieś chłodne, wilgotne palce