Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/216

Ta strona została skorygowana.


kiém, rekognoskującém łajaniem oblatywały w wielkich skokach pole, jak się wichrem pod las poniosły, a zawietrzywszy karczmarskiego brytana, skomląc, ku niemu przypadły, jak potém wytarzawszy się po roli w trójkę, na drogę się rzuciły z głośném, docierającém, zajadłém szczekaniem.
Gawroński, który mało spał téj nocy, zdziwił się wielce, ujrzawszy nazajutrz Hankę wciśniętą pod wóz w rogu podwórka, i, mimo późnéj godziny, głęboko uśpioną.
— A ty co tu robisz? — huknął na nią z góry.
Dziewczyna drgnęła i, otworzywszy szeroko oczy, patrzyła na szynkarza jakby nieprzytomna. Trącił ją butem.
— Czegoś ty tu wlazła, niemrawo? Dzień jak wół, a ta się wyleguje, jak za dobrych czasów. Potrzebnaś tu?...
Wygramoliła się zawstydzona z pod woza i, zawróciwszy w milczeniu, na kartoflisko poszła. Idąc, patrzyła przed siebie zwykłym swoim, trochę tępym, trochę znużonym wzrokiem. Zdawało się, że sen poranny zatarł w niéj wspomnienia ubiegłéj nocy. Nawet natknąwszy się na porzuconą motykę, podniosła ją powolnym, obojętnym ruchem, jakby nie pamiętając, zkąd się tu wziąć mogła. Dopiero kiedy nieopodal od legowiska swego zobaczyła w bruździe czapkę z lampasem i gwiazdką, rozjarzyła się na twarzy gwałtownym rumieńcem, chwyciła chustkę i worek, a omijając zdaleka zostawioną przez napastnika zgubę, poszła na drugi koniec redliny i z pośpiechem kopać zaczęła.
Od miasteczka tymczasem ukazał się strażnik.