Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/217

Ta strona została skorygowana.


Szedł zwolna, z głową spuszczoną, pilnie się rozglądając po drodze. Gawroński zobaczył go zdaleka, do izby wpadł, baryłkę araku i stojącą za piecem flintę do alkierza wyniósł, z szynkwasu butelek kilka sprzątnąwszy, w łóżko je pod pierzynę schował, poczém przed karczmą stanął, tyłem się do drogi obrócił i czmychał nosem.
Fedorenko podszedł tuż do niego.
— Dzień dobry!
— Dzień dobry! Dzień dobry! — Szynkarz udał wielkie zdziwienie. — A pan starszy zkąd się tu tak rano wziął?
— Zkąd się wziął? Ot, wesoły z was człowiek, pan Gawroński! Zkąd się miał wziąć? Z nieba spadł... A co nowego słychać?
— I... coby tam miało być nowego? Stara bieda i tyla... — Gawroński poskrobał się w głowę. — Człowiek od kłopotu i dospać nie może...
Fedorenko obejrzał się na strony.
— A gdzie to, pan Gawroński, ta dziewczyna, co tu u was służy?
— A hajno w polu... Tylko że to ona u mnie służyć nie służy, ino tak na dnie wyrabia.
— A paszport jéj u was jest?
— A dyć ta leży w półskrzynczu... Co ta taki paśport!... — Wzruszył ramionami.
— No, tak ja jego do kancelaryi wezmę i dziewczynę wezmę...
— O lo Boga! A to bez co?
— Czort znajet. U mnie naczalstwo jest, i rozkaz jest, i służba. Tak ja po służbie idę i po rozkazie idę. A co mnie robić? Jaby wolał w spokojstwie żyć.