Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/219

Ta strona została skorygowana.


— Adyć cię tam trzymać nie będą, kiej nie mają za co. Wrócisz, to i wyzbierasz.
Dziewczyna schyliła mu się do kolan.
— Ostańcie z Bogiem!
— Idź z Bogiem! — odrzekł karczmarz miękkim jakimś głosem. Żal mu się teraz zrobiło téj cichéj, śniadéj dziewczyny, od któréj pies jego podwórzowy lepsze miał wygody.
— Brrr... zimno! — przemówił, otrząsając się, Fedorenko. — Tak my by może, pan Gawroński, wodoczki się napili?
— Czemu nie! Żeby tak o co, jak o to...
Poszli we troje ku karczmie. Fedorenko i Hanka zatrzymali się przed progiem; szynkarz wyniósł flaszkę i kieliszek.
— W ręce wasze, panie starszy...
— Na wasze zdrowie!
Fedorenko wypił, otrząsnął się, splunął i kieliszek karczmarzowi oddał.
Gawroński do Hanki się zwrócił.
— Naści i tobie, mizeroto, zagrzéj się...
— Bóg wam zapłać za wszystko dobre.
— A wracaj się, jak cię ino puszczą...
Nie odpowiedziała i pierwsza w stronę miasteczka ruszyła. Droga leżała przed nią równa, prosta, szara. Wiatrak stał we mgle bez ruchu, wilgotne pary rozwlokły się po polach szeroko. A kiedy tak szła wśród téj pustki głuchéj, słysząc za sobą człapiące kroki strażnika, wydało jéj się, że znów nad nią huczy owa wielka, wielka woda.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .