Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/227

Ta strona została skorygowana.


V.

Mżyło. Zimny i chmurny dzień miał się ku schyłkowi, coraz grubszym zachodząc zmierzchem. Gromady robotników i robotnic, wypuszczone z śródmiejskich fabryk, rozbijały się na pojedyńcze kupki, drobniejącę w miarę zapuszczania się w odleglejsze uliczki ubogich dzielnic miasta. Gwar ich rojny i nieokreślony zrazu słabł i przycichał stopniowo, zmieniając się na wyraźniejsze rozmowy dążących w jednę stronę towarzyszy. Środkiem ulicy szli ciężkim krokiem murarze, niosący cebrzyki, kielnie, sznury lub kawałki drzewa, to w ręku, to na plecach, jak któremu dogodniéj się zdało; obok, po stronach, nadążały im kroku najemnice w białych płóciennych świtkach, z czerwono-żółtemi od pyłu ceglanego twarzami.
Pomiędzy tą rzeszą ludzką, posuwającą się hałaśliwie, zamaszyście, śmiało, snuł się wzdłuż parkanów cień drobny, skulony, trwożliwie rozglądający się dokoła. Była to Hanka. Szła szybko, ostrożnie, popychana usuwała się, znikała niemal, starając się tyle tylko zabrać miejsca, ile konieczném było do postawienia dwóch stóp bosych, w drewnianych trepkach tkwiących. Chude jéj łokcie przyciśnięte były do boków