Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/231

Ta strona została skorygowana.


Walentowa, pod boki się rezolutnie ujmując. — A co to my nie swojaczki, czy co, żebyś ty u mnie poratowania nijakiego nie miała? Nie byłam to twemu ojcu kumą, co mi jeszcze półpięta złotego pożyczył na drogę do Częstochowy, świeć Panie nad jego duszą...
Hanka znów po jéj rękę sięgnęła.
— Nie gniewajcie się, moi złoci! moja Walenta! Już wam wszyściuśko opowiem, tylko mnie ten żal odejdzie... moi święci!
Baba się udobruchała.
— To czekajże Hanuś — wyrzekła po chwili z namysłem, — skoczę ja do sklepiczarki, prania licho nie weźmie, nagotuję ci herbaty, przyniosę bułek, boś ty i głodna może, mizeroto...
Chwyciła z łóżka chustkę, zarzuciła ją na głowę, zakrzątnęła się po izbie i wyszła.
Hanka oparła się plecami o wilgotną ścianę i przymknęła oczy. Ciepło ją rozmarzyło, blada jéj twarz pokryła się kroplami potu, spuszczone rzęsy rzucały długie cienie na wychudłe policzki, uboga odzież podnosiła się nierównym ruchem na wstrząsanych ostatkiem łkania piersiach. Po chwili uspokoiła się i — przejęta wilgotném ciepłem izby — zasnęła.
Walentowa tymczasem wróciła, rozdmuchała przygasły ogień, przystawiła garnczek, na stole położyła kawałek wędzonki i kilka bułek, znów się schyliła, dmuchając pilnie na ogień, który jaskrawo oświetlał jéj szeroką, poczciwą twarz mazurską, — a kiedy wszystko było gotowe, stanęła przed Hanką, nie wiedząc, czy ją budzić, czy nie budzić...
Dziewczyna miała oczy niedomknięte, zmrużone, a usta zaciśnięte żałośnie. Wyraz cierpienia przywarł