Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/234

Ta strona została skorygowana.


nek i kartę pobyt. Cóż to pan Franciszek rozumie, że to, nie przymierzając, taka, jak te z drugiéj oficyny? U mnie się takie rzeczy, chwalić Boga, nie najdują!
Stróż czapkę na głowie przekręcił i skrobał się za uchem. Wymowa pani Walentowéj imponowała mu widocznie; postanowił wszakże być nieugiętym.
— A co mnie tam kaci do kogo! Ja porządku patrzę w kamienicy, bo mam z tego chleb. A panna niech meldunek szykuje, bo ino patrzéć naczelnika... Ja tu zaś przyjdę pod wieczerz...
Cofnął się i drzwi za sobą zamknął.
Kobiety spojrzały po sobie. Hanka miała wzrok przerażony, Walentowa kiwała głową. Znała już historyę czerwonego paszportu dziewczyny.
— Na śmierć ci zapomniałam, że tak tera z temi meldunkami pędzą... Bodaj ich choroba!...
Hanka wybuchnęła płaczem.
— Oj, nie dajcie mnie od siebie, ciotko, na stracenie, nie dajcie!...
— Cichoj! cichoj! — uspakajała ją praczka. — Możeć to jeszcze wszystko Pan Jezus przemieni...
Głaskała ciemne włosy dziewczyny wielką, szorstką dłonią, ale w mięsistém jéj obliczu znać było ciężką troskę.
Nadszedł wieczór. Hanka ze drżeniem oczekiwała ukazania się stróża, ale stróż nie przyszedł. Nazajutrz nie przyszedł także. Otucha wstąpiła w serce dziewczyny.
— Może téż Pan Jezus da... — powtarzała sobie w duszy. Co ma dać, nie wiedziała dobrze, ale się wiary téj chwytała, jak deski zbawienia.
Upłynął tydzień, była niedziela. Walentowa wy-