Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/236

Ta strona została skorygowana.


— No więc, jak wiecie, to dobrze.
Odwrócił się.
— Franciszek! Meldunek od dziewczyny téj dziś ściągnąć, słyszysz?
— Słyszę, proszę pana.
Pan rządca zapiął palto pod szyją, zapalił cygaro i poszedł. Walentowa chwilę stała w bramie z wyrazem mocnego namysłu w grubéj twarzy i małych siwych oczkach, poczém się zawróciła do stancyi. Przez dziwną jednak delikatność serca, właściwą wielu prostym kobietom, choć obcą niejednéj damie „z towarzystwa,” o spotkaniu swojém z rządcą nie odezwała się do Hanki ani jedném słówkiem, tylko się po izbie pokręciwszy, jakby zapomniała czego, wyjęła z półskrzynka węzełek z pieniędzmi, nie będąc widać zbyt pewną owych kawalerów z przeciwka, i jedną jeszcze chustką obwiązawszy głowę, na miasto poszła.
Hanka tymczasem nagotowała obiad i, przykrywszy garnuszki, u komina siadła, patrząc na czerwone węgle i modre płomyki. Siedziała, kiwała głową, medytując i wzdychając ciężko. Od owego pojawienia się stróża była ona jak trawa, po któréj wichry idą. Ani dla niéj snu w nocy, ani spokoju we dnie. Po kątach tylko ugląda, a patrzy, a nasłuchuje, z któréj strony złe na nią przyjdzie... A serce się w niéj trzęsie, jako ten liść osikowy na podzimie. O Jezu, Jezu! I coby to komu szkodziło, żeby o niéj ludzie zapomnieli, żeby już tu tak zostać mogła do jakiego końca...
Obejrzała się po izbie.
— A toć jéj tu tak jest, jakby do rodzonéj matki trafiła. A toćby ona, wstając, kładąc się, Bogu dziękowała... Prawda, że wielkiego zdrowia Pan Jezus nie