Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/237

Ta strona została skorygowana.


dał: ale równo, wezwawszy Boga na pomoc, dzień albo i dwa przy balii przestoi... Oj prałaby, prała z Walentową, inoby się migoty robiły... Oj, po co to ludzie wymyślili te meldunki, po co!...
Kiwała jeszcze głową, ale już myśléć przestała. Duszę jéj tylko zalała wielka gorycz, któréj smak czuła niemal w kurczowo zaciśniętych ustach. Niedawno jeszcze bała się ludzi, teraz zaczynała ich nienawidziéć. Węgle na kominie wygasły, w izbie zrobiło się ciemno.
Jakiego rodzaju były zabiegi Walentowéj podczas kilkugodzinnéj wyprawy na miasto, nikt nie wiedział o tém; ale powróciła z niéj rzeźka, wesoła, odmłodzona jakby.
— Słuchaj Hanuś — szepnęła od proga zrywającéj się ku sobie dziewczynie. — Chustkę moję bierz i chodźma...
Hanka stanęła wpośrodku izby, niepewna i zadziwiona.
— Daléj, daléj... — nagliła praczka, — nie marudź, bierz chustkę, póki się ten zapowietrzony kożuch nie zmiarkuje...
Epitet ten stosowała pani Walentowa do stróża, z którym w ciągłéj żyła kolizyi z powodu mydlin, wylewanych, jak utrzymywał Franciszek, „na samym trakcie.”
Zakręciła się dziewczyna, ręce jéj się trzęsły, nogi plątały, o mało się nie przewróciła przez burego kota. Znalazła wreszcie poomacku chustkę, zarzuciła ją na głowę i wyszły, ostrożnie przywierając za sobą drzwi skrzypiące.
Szły śpiesznie i cicho. Hanka zatrwożona w so-