Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/240

Ta strona została skorygowana.


W Hance także dusza tajała powoli, a chmurne jéj oczy zaczynały miewać spojrzenia ciche i słodkie. Walentowa odwiedzała dziewczynę zrazu często bardzo, przynosząc jéj to fartuch jaki, to podszarzaną spódnicę, to poduszczynę, to kołdrę wyłataną przez siebie; potém przychodziła rzadziéj, bo nogi jéj puchły i daleko puszczać się nie mogła. Nie było przecież niedzieli, żeby się, choć stękająca, nie przywlokła obaczyć, czy jéj Hanusia krzywdy jakiéj nie ma.
Upłynął tak miesiąc i drugi miał się ku schyłkowi, kiedy Blacharzówna, wybrawszy się w dzień targowy z koszem na Ordynackie, nagle zobaczyła kręcącą się po rynku Walerę. Walera wyglądała wspaniale. Miała na sobie piękne syberynowe okrycie i żółtą włóczkową chustkę na głowie; nie zdawało się téż, żeby tu przyszła po jakie sprawunki, gdyż nie niosła ze sobą koszyka, a obie ręce trzymała w futrzanéj mufce.
Odwróciła Hanka corychléj oczy i zeszła parę kroków z drogi; zdało jéj się przecież, że i Walera zobaczyła ją, i także się na stronę cofnęła. Po niedługiéj chwili dziewczyna znów spojrzała. Obok Walery kręcił się teraz wysoki i chudy mężczyzna; szeptali coś z sobą, a Walera wzrokiem pokazywała ją towarzyszowi.
Zatrwożyła się Blacharzówna i między ludzi w największy tłok się rzuciła; ale chudy jegomość widocznie miał ją na oku i wkrótce go naprzeciw siebie ujrzała, tym razem samego.
Skręciła wtedy nagle na prawo, coraz większą uczuwając trwogę; on jednak i tu zaszedł jéj z przeciwnéj strony i obtarł się niemal o nią, przechodząc niby