Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/247

Ta strona została skorygowana.


tak daléj będzie, to ona... jako pani domu... nie może przecież...
Zachłysnęła się. Niedobrze jeszcze znała rolę swoję. Nie wiedziała zresztą napewne, co może, a czego nie może. Arcy-poważna jednak minka miała zastąpić resztę niedopowiedzianéj myśli. „Najdroższy Lutek" wysłuchał z wielką flegmą całéj téj oracyi, a ponieważ był już po czarnéj kawie i po papierosie, zdjął palto z kołka i, kładąc je, rzekł:
— To ja, żonusiu, późniéj dziś trochę przyjdę na herbatę, bo mam dyablą robotę...
Wyszedł, a „żonusia” uczuła, że jest najnieszczęśliwszą w małżeńskim stanie, i że teraz dopiero widzi, jacy to są ci mężczyźni...
Nie mogąc dostać pieniędzy od pani, Hanka raz jeszcze pobiegła do Walentowéj. Zastała ją w łóżku, chorą, stękającą, z nogami opuchniętemi jak kłody, bez dozoru, bez wygody, w zimnéj, wilgotnéj izbie leżącą. Ścisnęło się serce dziewczyny i, nic już o pieniądzach nie mówiąc, zakrzątnęła się tylko, żeby izbę ogrzać, strawę zgotować i felczera sprowadzić. Okazało się, że po zapłaceniu felczera parę dziesiątek ledwo zostało w półskrzynku Walentowéj. Dziewczyna z téj wyprawy jak błędna wróciła do domu, i ledwo podawszy samowar, chwyciła swoję marną poduszczynę i do fanciarki poszła.
W parę dni potém, a było to zrana, skrzypnęły drzwi od kuchni, a w progu jéj stanął łapacz.
Dziewczyna chwyciła się komina i patrzyła na niego osłupiałym wzrokiem.
— Dzień dobry pannie — przemówił uprzejmie łapacz. — Jak się panna miewa? Byłem wczoraj w bra-