Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/263

Ta strona została skorygowana.


— Ale ja nie o tém mówię, proszę pana — przemówiła panna. — Ja chciałam zapytać, czy im tam kto dostarcza pracy... no i wsparcia moralnego do wejścia na uczciwą drogę?
— To jest, żeby tak specyalnie coś w tym guście było, to nie. Puszczają ich na miasto, a kto chce, to sobie roboty szuka.
— Ale tam w mieście wiedzą, że to złodzieje?
— Naturalnie! Przecież się ich przez całe miasto prowadzi, to raz. A powtóre, kto czerwony paszport pokaże, to już wiadomo, że złodziéj.
— Więc któż ich tam do roboty weźmie?
— Owszem. W lecie większa część znajduje robotę w polu.
— Większa część... A w zimie?
— Ha! — pan radca rozkrzyżował dłonie, — trafi się, że i w zimie czasem jakaś się robota znajdzie.
— Więc z czegóż oni żyją, kiedy pewnego zarobku niema?
— Kradną, proszę pani! To niepoprawny naród! Prawdziwe szajki złodziejskie tworzą w okolicy i kradną...
— Co za okropne zepsucie... — wtrąciła urocza.
— A inni — kończył pan radca — uciekają napowrót do Warszawy, bo tu niejeden rodzinę ma, warsztat, stosunki...
— I pozwalają im zostać?
— Ale zkąd znowu! Cóżby to był za porządek?
— Więc cóż oni robią? — przemówiła panna?
— Kryją się po różnych norach złodziejskich, póki ich znów nie złapią.
— A jak złapią?