Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/264

Ta strona została skorygowana.


— To sadzają ich do kozy, a potém prowadzą napowrót w pobyt.
— To okropne! — rzekła zcicha panna.
— A czy pani myśli, że to złodzieja poprawia? — zapytał pan radca. — Gdzie tam! Ledwo się strażnik odwróci, już znów ucieka.
— A jak go powtórnie złapią?
— To idzie na dwa miesiące do więzienia, a potém znów w pobyt.
— I tak ciągle? A to zabawne! — rozśmiała się urocza.
Panna patrzyła na pana radcę przerażonemi oczyma.
— I tak ciągle? — rzekła.
— O, nie! — odrzekł wesoło pan radca. — Takiego ptaszka...
Nie mógł dokończyć, gdyż gospodarz w téj chwili powstał i, wzniósłszy kieliszek wina:
— Zdrowie dam! — zawołał głośno.
Urocza się uśmiechnęła, pan radca się zerwał, zrobił się rumor — i tak rozmowa przerwaną została.
Tymczasem gromadka aresztantów posuwała się naprzód raźno, bo mróz przejmował, a wiatr świstał w polu, miecąc suchym, drobnym śniegiem. Blacharzówna i Mańka Czerkas trzymały się razem. Obie były zsiniałe i drżące, a odzienie ich, razem wzięte, jednéj nawet nie zabezpieczyłoby dostatecznie od zimna.
— Hanusia, siostrzyczko — szeptała Mańka. — Nie wytrzymam! Jak mi Bóg miły, nie wytrzymam! Drapnę... Chcesz ze mną?
— Nie chcę — odrzekła posępnie Hanka. — A ty