Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/266

Ta strona została skorygowana.


— Śpiewaj, śpiewaj! — mruknął jeden. — Pośpiewasz ty lepiéj jutro w kozie.
— W jakiéj znów kozie? Albo to ja do kozy idę? Przecie mnie tam nie zamkną.
— No, ciebie może nie. Ale te „stepowce,” te uciekiniery, co ich drugi raz pędzą, to najpierw pójdą do kozy.
— A przecie! — przytwierdził inny. — Taki Józik Werda, taki Sobiecha, taka Blacharzówna...
Hanka stanęła, jakby ją kto targnął. Do kozy? Ona do kozy? Tam, gdzie...
— Idi! — krzyknął na nią strażnik.
Spuściła głowę i zaczęła iść śpiesznie. Dochodzili już do pierwszych chałup, psy wypadały na drogę szczekając zajadle, taneczny bęben brzmiał coraz głośniéj. Hanka patrzyła po stronach niespokojnie; oczy jéj szukały Mańki Czerkas. Ale dziewczyna odbiła się gdzieś na przód i tylko jéj śmiech słychać było. Szli tęgim krokiem. Jednych pobudzało zimno, drugich odgłosy rzępolącéj od ucha kapeli. Już byli niedaleko kancelaryi gminnéj, kiedy się z nimi zetknęła kupka kobiet, idących od strony karczmy z głośną rozmową, śpiewami i pokrzykiwaniem.
— Niech będzie pochwalony! — przemówiła pierwsza.
Sąsiadka pociągnęła ją za chustkę.
— Adyć to złodzieiska! Frąckowo!
— A niech ta będą! Równo nie żydy...
Strażnik zatrzymał baby.
— Tak gdzie tut sołtys żywie?
— Adyć żyje! — odrzekła jedna z bab wesoło, — w karczmie siedzi!