Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/267

Ta strona została skorygowana.


— A stójka gdzie? stróż?...
— Adyć i stójka w karczmie. Cala kancelarya tam siedzi...
Rozśmiały się baby. Strażnik zafrasowany kręcił głową.
— A skocz ino, Maciuś, do karczmy i powiedz sołtysowi, coby duchem szli — rzekła jedna z kobiet, pchnąwszy w kark chłopaka, który, spódnicy jéj się trzymając, wytrzeszczał oczy na strażnika.
Kopnął się Maciuś, ale niemało czasu upłynęło, nim wrócił z sołtysem i stójką. Jednemu i drugiemu plątały się już języki. Wymowa wszakże sołtysa o tyle była przekonywająca, że w chwilę potém strażnik, zostawiwszy przy aresztantach stójkę i dwóch parobków, co na ochotnika wyszli pilnować złodziei, poszedł z sołtysem do karczmy ogrzać się nieco. Stójka był człowiek miękki, a już kiedy się napił, to go choć na palec owinąć było można; nic téż dziwnego, że kiedy ten i ów z aresztantów zaczął narzekać na siarczyste zimno, jedna i druga flaszka wódki znalazła się jakoś na rozgrzewkę, a po drugiéj przyszła trzecia i czwarta. Rozwiązywano węzełki, kto miał grosz jaki — fundował sobie i innym. Podeszli jakoś niechcący ku karczmie, żeby było bliżéj nosić, a że tu już skrzypice akuratnie słychać było, ten i ów, potaczając się, zawijał poły i do tańca się rwał.
Z progu karczmy dziewczyny i chłopaki przypatrywali im się ciekawie.
Werda posunął do jednéj.
Szarpnęła się i pokazała mu połowę pleców.
— Zaś bym tam... z takim... łbem golonym...