Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/270

Ta strona została skorygowana.


nie przypuszczał, patrząc na tę drobną, ciemną postać, że to kryminalistka, zbiegła aresztantka. Dopiero kiedy nikogo nie było naokół, puszczała się co sił, a wiatr, targający jéj lichą spódniczynę, czuł ją ciągle przeciw sobie idącą. Wreszcie znużył się wiatr i przycichł, ale dziewczyna szła daléj, daléj... Szła, a nędzne jéj serce oddawało się jeszcze jakiéjś nieokreślonéj nadziei.
Wszedłszy już w zaułki, zboczyła, nadkładając kawał drogi, aby wpaść do Walentowéj, przesiedziéć dzień w ukryciu, a zmrokiem puścić się daléj. Szczęściło jéj się; stróża nie było w bramie. Wpadli do suteryn zdyszana. Wszedłszy do długiéj, ciemnéj sieni, zadziwiła się, że widniéj tu jakoś było niż zazwyczaj. Posunąwszy się nieco daléj, spostrzegła, że widność ta idzie przez drzwi, jak szeroko od izby Walentowéj otwarte. Zadziwiła się bardziéj jeszcze i szła daléj. Cisza była zupełna. Doszła wreszcie do drzwi i cofnęła się od nich jakby pchnięta. Stancya była zupełnie pusta; na środku tylko, na ubitéj ziemi czarnéj leżała powięź słomy rozwiązana, prosta.
Jeszcze się Hanka nie opamiętała, kiedy drzwi naprzeciwko skrzypnęły, a w progu ich stanęła kobieta z konewką w ręku.
— A do kogo to panna? — zapytała.
— Do Walentowéj, do praczki... ona się już, widzę, ztąd wyprowadziła.
Kobieta zaczęła kiwać głową.
— Oj, wyprowadziła się, moja panno, wyprowadziła! Tyle tylko, że nie sama, ino ją ludzie wyprowadzili.