Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/277

Ta strona została skorygowana.


Tyle co do ludności stałéj. Ludność niestała coraz to świeżą napływała falą. Złodzieje z profesyi i okazyonalni, rekrutowani z pomiędzy wszelakiéj hołoty, wyrobnicy bez zajęcia, służba obojéj płci i różnéj kondycyi, żydzi, żołnierze urlopowani i nieokreślonego gatunku wolontaryusze — wszystko to wsuwało się chyłkiem we dnie, a zbierało tłumnie nocami, kłócąc się, godząc i dokonywając tajemniczych tranzakcyj, których lwia część padała do kufra Pajęczakowéj. Jaki był stosunek téj nory do policyi — trudno określić. Kłamstwem byłoby utrzymywać, że policya nie wiedziała o jéj istnieniu. Owszem, z policyą miała Pajęczakowa jakieś zastarzałe zatargi i nieporozumienia, dla zażegnania których co środa zapalała lampkę przed Matką Boską, a co piątek przed Panem Jezusem. Ale niżsi przedstawiciele téj wrogiéj władzy, pojedyńczo wzięci, mieli dla Pajęczakowéj jakąś szczególną słabość, która polegała na tém, że jedni wchodzili do mieszkania jéj nasrożeni, a wychodzili uśmiechnięci, często wprost rozczuleni, z piękną rumianością na marsowych obliczach, inni zaś nie wchodzili tam wcale. O tych ostatnich myśląc, wzdychała Pajęczakowa ciężko i poglądała z troską na swój zielony kufer. Prócz tego miała jeszcze jeden kłopot. W policyi zmieniali się ludzie, a z nimi zmieniał się stopień czynności i energii. Niema nic niebezpieczniejszego, jak tacy ludzie nowi, dopóki się nie oswoją.
U takich to drzwi, późnym zimowym wieczorem, stanęła Hanka. Wiatr mroźny dął od strony Wisły, ze świstem przelatując puste, niezabudowane przestrzenie, kilku drzew przed Sapieżyńskim gmachem szumiało obnażonemi z liści gałęziami, na ulicy nie było wi-