Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/280

Ta strona została skorygowana.


ruszył — tłumaczył się zaatakowany, bijąc kułakiem w pierś drobną, — jak nie ja pierwszy zaczepił tego grubasa.
— Widzicie go? pierwszy!... A nie Wicek to mu zastąpił od cukierni?...
— Ale! — dodał mały. — Nie Wicek to?...
— Dać spokój! Dać spokój! — przemówił inny. — To gorzéj, że ci Wicka chwycili... psianoga!... Znów się stara wścieknie...
— Stójkowy idzie, stójkowy!... — zawołał nagle malec stłumionym głosem.
Rozpierzchnęli się w jednéj chwili.
Istotnie ktoś nadchodził ciężkim, miarowym krokiem. Hanka z determinacyą nacisnęła klamkę. W téj chwili właśnie stała sama Pajęczakowa na schodkach, prowadzących z tak zwanego „pokoju” do kramu.
— Co to panna? — zapytała, widząc, że się dziewczyna przy drzwiach zatrzymuje.
Hanka podeszła i pocałowała ją w rękę.
— Chciałabym... chciałabym...
Nie wiedziała, jak ma to powiedziéć.
— Pójdźno panna za mną — rzekła Pajęczakowa, cofając się ze schodków.
Brudna firanka poruszyła się i opadła za wchodzącą do „pokoju” Hanką.
— Czegóżeś to panna chciała? — przemówiła paserka.
— Chciałabym zostać tu... służyć...
— Zostać? Może po to, żeby kąty przewąchać, a potém uciec?
— Nie ucieknę — rzekła Hanka głucho. — Nie mam do kogo uciekać...