Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/285

Ta strona została skorygowana.


— Pójdźmy, pójdźmy, bo się rozbeczy — rzekła dama.
Pan radca usunął palec.
Istotnie, dziecko zaczęło piszczéć cienkim, słabym, jakby zduszonym głosem. Młoda matka stęknęła i, obróciwszy się z wysileniem, podała mu pierś wyschły, pustą...
Zbliżyli się do drugiego łóżka. Leżała na niém nawznak kobieta z czerwoną, rozognioną twarzą i szklistemi, wlepionemi w sufit oczyma. Usta miała spalone gorączką, otwierała je od czasu do czasu, przełykając ślinę, i dyszała ciężko. Pan radca szepnął coś doktorowi.
Doktor skrzywił się i ramionami wzruszył.
— Nie można wiedziéć — rzekł. — Trzeci dzień dopiero... Tam i tak łóżka zajęte...
Poszli daléj.
— Ot, to natura silna — odezwał się pan radca, ukazując siedzącą na łóżku aresztantkę, z którą doktor rozmawiał przed przyjściem gości. — W styczniu się topiła, z wody ją już nieżywą prawie wyciągnęli, przeszła potém ciężki tyfus, i nic.
— Topiła się! — zawołała z wielkiém zajęciem dama i zaczęła się ciekawie przyglądać choréj.
— To nic! — dodał tryumfalnie pan radca, — ale co za charakter! Ja zawsze powiadam, że gdyby choć połowę miała téj wytrwałości w dobrém, jaką ma w złém, toby była dzielna niewiasta! A podnieśże głowę! — dodał, biorąc chorą pod brodę i kierując twarz jéj ku światłu. — Przystojna dziewczyna — rzekł jeszcze i uśmiechnął się łaskawie.
Chora z wysiłkiem odwróciła głowę w żądanym