Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/291

Ta strona została skorygowana.


krzywdę i tę ciężkość moję. O Jezu, Jezu miłosierny, zmiłuj się nad nami!... — Zamilkła. Wielkie łzy spływały po jéj znędzniałéj, wzniesionéj ku błękitom twarzy. Poruszała wargami bez głosu, jakby się porozumiewając w ciszy z Tym, do którego o pomoc wołała.
Co do Hanki, ta nie zdawała się być bardzo wzruszoną. I ona wprawdzie odmawiała zdrowaśki, ale jéj oczy, pełne posępnego ognia, utkwione były daleko przed siebie, a brwi ściągnięte nadawały jéj spojrzeniu wyraz twardy i niepocieszony.
Klęczały jeszcze obie kobiety, kiedy na gościńcu dał się słyszéć turkot. Nadjeżdżała bryczka.
— Idi! idi! — krzyknął strażnik i pchnął kolbą Michalakowę, która w zapomnieniu swojém nie słyszała tego rozkazu.
Ruszyli.
— Dlaczego te kobiety, tatku, żołnierz prowadzi? — spytał siedzący na bryczce obok ojca chłopiec.
— To złodziejki! — rzekł ojciec, skrzywiwszy się wzgardliwie.
— Ale ja widziałem, tatku, że one pacierz mówiły pod krzyżem...
— Co tam taki złodziejski pacierz! Pan Bóg takich pacierzy nie słucha.
Kiedy strażnik przyprowadził do magistratu Blacharzównę i Michalakowę, okazało się, że miejsca na nie w kozie magistrackiéj niema. Przed samym jarmarkiem zdarzyło się kilka większych kradzieży w okolicy, dopuszczono się nawet rabunku na publicznéj drodze, wielu więc „pobytowych” było pod tym-