Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/294

Ta strona została skorygowana.


cym zmroku twarz jéj wydawała się przeraźliwie bladą.
— Aby do jutra! — szepnęła półgłosem Michalakowa, jakby dla dodania sobie otuchy, okrywając uczepionego u szyi swéj chłopaka, którego wielka głowa zwisała jéj bezwładnie przez ramię. — Aby do jutra!
Ale jutro przeszło, przeszło i pojutrze, a kobieta roboty znaléźć nie mogła.
— Z dzieckiem? Cóż to za robota z dzieckiem? jeszcze z takiém! — wymawiał się każdy. Istotnie! Po co mieli brać babę z dzieckiem, „jeszcze z takiém,” kiedy było aż nadto rąk młodszych, swobodnych, które za mizerną zapłatę gotowe były cały dzień kopać, grabić, sadzić, co kto chciał. Małoż to tam „pobytówek” razwraz przypędzano?
Tymczasem Hanka wynajęła się do pielenia, wprawdzie za życie samo, ale i to dobre. Cięższéj roboty poradzić jeszcze nie mogła, a i ta szła jéj niesporo; najmniejszy dzieciak wyprzedzał na zagonie tę nędzną, ociężałą dziewczynę, na którą gospodarz razwraz fukał i obiecywał „przepędzić.” Nie przepędzał jednak, litując się jéj nędzy, a nadto pozwolił jéj sypiać „na starym ogrodzie” w szopie, w któréj się téż Michalakowa z Jaśkiem swoim na noc tuliła. Gdzie się obracała we dnie, z czego żyła, czy głód marła, czy żebrała — nie wiedziéć. Ale przez te kilka dni zczerniała i schudła strasznie, a niechcący się już jéj szyi puścić dzieciak piszczał po nocach coraz przeraźliwiéj. Może był głodny, może mu zimno było w téj ciemnéj, zatęchłéj szopie. Matka nie miała już ani chustki, ani fartucha, któremi okrywała go zrazu.