Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/296

Ta strona została skorygowana.


ra, — połóż ty chłopaka od swojéj strony, bo mnie nocami złe spać nie daje, ino żeby go uśmiercić i uśmiercić... Co jego za życie takie z tém kalectwem, albo i moje z nim?... Ani ja roboty, ani ja łyżki strawy...
— W imię Ojca i Syna! — rzekła Hanka. — Niech ino Michalakowa da tu do mnie chłopaka, a jutro do księdza idzie, wyspowiada się, to złe odstąpi.
Ale w nocy Michalakowa, nagle się ze snu zerwawszy, na barłogu siadła.
— Jezus, Marya, Józef, ratuj duszy mojéj!... — jęknęła głucho, i znów: — Jezus, Marya, Józef...
Nazajutrz, kiedy dziewczyna do roboty poszła, wstała Michalakowa, umyła swego Jaśka, rozgarnęła mu włosy na jego ciężkiéj, giboczącéj się na obie strony głowie, odziała go, przeżegnała, i wygrzebawszy z barłogu skórkę chleba, dała mu ją w rękę. Czyniła to wszystko z jakimś cichym pośpiechem, bez słowa, jakby odbywając konieczną i bardzo pilną pracę, a kiedy dzieciak chleb jeść zaczął, rzuciła się krzyżem na wilgotną ziemię szopy i biła o nią czołem. Głuchy jęk szedł jéj z piersi zamiast pacierza, a załamane i wyciągnięte nad głową ręce podnosiły się i opadały ciężko, jakby w mocowaniu się wielkiém, śmiertelném...
Jasiek tymczasem zjadł chleb i piszczéć zaczął. Wtedy podniosła się kobieta i uderzyła się trzy razy w piersi, mówiąc: Boże, bądź miłościw mnie grzesznéj... poczém przeżegnała się, wzięła chłopaka na ręce i wyszła w pole.
Tegoż dnia miasteczko całe przerażone zostało wiadomością, że jedna z „pobytówek" utopiła dziecko w gliniankach. Sprawiedliwość wszakże pocieszała