Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/298

Ta strona została skorygowana.


Tymczasem niebogi Jasiek leżał na brzegu glinianki odęty i siny, w umazanéj rudém błotém koszulinie, którą już słońce wysuszyć zdołało, i z przerażeniem w szklistych, wypukłych oczach, których śmierć nie zdołała zamknąć. U jego cienkich nóg i rąk plątało się wodne zielsko, na którém błyszczały jeszcze gdzieniegdzie jasne krople wody. Nad wielką głową jego zwijały się i rozwijały z błyskawiczną szybkością czarne jaskółcze wianki, a konik polny ćwierkał mu w samo ucho swoję jednostajną, usypiającą piosenkę. Nie słyszał tego wszakże nędzny Jasiek, z wielkiém jakiémś zdumieniem patrzący się w samo słońce...
Tego ranka pozajmowano w szkodach mnóstwo bydła, źrebiąt i gęsi bez liku, gdyż pasące je dzieciaki zbiegły się wszystkie w jednę kupkę i przypatrywały pilnie małemu topielcowi. Starszych widzów nie brakło także. Kilka mieszczanek przypomniało sobie nawet, że już tego dzieciaka widziały, jak z nim matka chodziła, o robotę prosząc.
— Ale ktoby tam, moja pani, robotę takiéj dawał?... — mówiła jedna.
— To się wie... — przywtórzyła druga, wzruszywszy ramionami.
— Dzieciaczysko pokrakowate jakieś, a takie znarowione, że się baby puścić nie chciało.
— Oj, pozbyła się go, pozbyła, moja pani!
— To ci matka! — dodała inna, kiwając głową.
— Suka, nie matka!...
— Że téż to Bóg miłosierny na świętéj ziemi trzyma i nagłą śmiercią nie skarze!
Powzdychały jeszcze chwilkę, potém ta i owa do domu wracała. Ale w drodze pod samém miaste-