Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/301

Ta strona została skorygowana.


potém chmura, potém znów płomień, a płaska twarz jego z grubym, zadartym nosem i wydatnemi szczękami zrobiła się podobna do czerwonego, dymiącego żużla.
Przez chwilę milczał i czytał coś, stojąc ku oknu zwrócony. Widoczném było, że sili się, aby opanować właściwe sobie, nerwowe, targające ruchy. Usiłowania te wszakże były daremnemi.
Ręce jego z chrzęstem gniotły trzymany papier, mięśnie policzków i kąty ust drgały. Zwrócił się wreszcie do Hanki i objął ją długiém, jaskrawém spojrzeniem.
— Taki popadłaś się do mnie?... a?... — przemówił swoim skrzypiącym głosem, mrużąc pałające oczy.
Dziewczyna patrzyła ponuro w ziemię.
— Tak na nic, znaczy, było tobie uciekanie?... I do kogo ty uciekała?... a?... Do kochanka uciekała?...
Dziewczyna milczała.
— Tak cóż?... Gadać nie umiesz? Niemową się zostałaś?...
Przysunął się bardzo blizko i pochylił nad nią, owiewając ją gorącym oddechem.
— Tak gadaj zaraz! Do kochanka uciekała?... a?... — mówił przerywanym, świszczącym, podobnym do stłumionego chichotu głosem.
Dziewczyna krokiem w tył się cofnęła i plecami o drzwi wsparła.
Chwycił ją za ramię i zaklął wściekle:
— Stój ty taka!... Czort tu ciebie dał, kukło ty!... Czort ciebie... Na wolności nie chciała... Tak w kozie kochanka nie będzie... Ja będę!... ja!... ja!...