Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/305

Ta strona została skorygowana.


kiedy wszystko skończyła, sięgnęła na piersi za grubą koszulę i wydobyła dwie podniesione w kancelaryi magistrackiéj zapałki. Pierwsza z nich zatliła się tylko modrym płomykiem i zgasła.
Hance zaczęło bić serce jak młotem.
— Jezu... Jezu... Jezu... — szeptała zbielałemi z przerażenia usty, zapalając drugą i podsuwając pod nią zwinięty pęczek słomy.
Ogień chwycił. Sine płomyki zaczęły pełgać po słomie. Dziewczyna odetchnęła głęboko. Poczém z najwyższą ostrożnością podłożywszy palący się wiecheć pod wióry, schyliła się i zaczęła dmuchać na nie. Twarz jéj, oświecona wzmagającym się płomieniem, zapalaiła się, to znów gasła. Jakiś twardy, dziki, nieubłagany wyraz wybijał na nią zwolna.
Skośny promyczek słońca ześliznął się po ścianie i zagasł.
Ognisko rozgorzało szybko, napełniając izdebkę lekkim, sinym dymem. Czerwony płomień biegł w górę, chwytając powiewające od szybszego ruchu powietrza pajęczyny, wielkie pająki zaczęły biegać po ścianach, wiszące od pułapu długie źdźbła słomy, naładowanéj na strychu komórki, pełgały sinemi iskry i gasły. Wkrótce zaskwierczały smolne deski ściany, pod którą paliło się ognisko, a roztopiona żywica zaczęła po nich spływać w bursztynowe sople.
Podniosła się wtedy Hanka w pół ciała, i na klęczkach przysiadłszy, patrzyła posępnie w ognisko. Potém zaczęła się kiwać w tył i na przód, jakby w żałośném rozpamiętywaniu, załamawszy ręce na kolanach.
Niepocieszone jéj oczy patrzały w jakąś prze-