Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/312

Ta strona została skorygowana.


rzy pisarka, przygasły i zaszły mgłą wilgotną. Mimowolnym ruchem podniosła wychudłe ręce do ostrzyżonych włosów, które przykrywał więzienny czepiec biały, a na jéj twarz wybiły ciemne rumieńce z pod serca gdzieś, z ostatka krwi żywiącéj. Opuściła pociemniałe powieki w jakiémś zawstydzeniu głębokiém i stała tak, — widmo, wywleczone po trzykroć z więzienia i mogące się jeszcze rumienić.
Tymczasem pisarek zadarł wysoko nosa, wydął policzki i przeszedł tuż koło niéj, skrzypiąc świecącemi butami i puszczając jéj kłąb dymu w twarz samą. Taką miał minę, jakby chciał pokazać, że się niczego nie boi. Istotnie, czego się miał bać?...
Hanka stała ze schyloną głową, usta jéj drżały, a siwy kubrak aresztancki podnosił się i opadał szybko na jéj wyschłéj piersi. Nie śmiała teraz spojrzéć, gdy przechodził tak blizko, że się prawie otarł o nią, ale poznała go, tak jak i on ją poznał. Był to Piotr, pan Piotr, eks-kochanek dziewczyny, piękny i słuszny kawaler w wiosennéj żakietce i niedbale związanym krawacie, pan Piotr, któremu nareszcie losy oddały sprawiedliwość i powróciły godność „urzędnika.” Tylko że teraz nie urzędował, jak dawniéj, w obskurnéj jakiéjś gminie, ale w Warszawie, gdzie i widoki na przyszłość lepsze, i życie, bądź-co-bądź, weselsze. Wprawdzie był on obecnie tylko „wolnonajomnym,” ale ufał swojéj gwieździe, która, jak dotąd, wcale mu nieźle służyła.
Tuż przy Hance stała Mańka Czerkas, po ostatniéj ucieczce z pobytu znowu u Bamblowéj chwycona. Nie miała ona już na sobie swojéj różowéj sukni, ani rozpiętego do połowy stanika, tylko ciężką, burą spó-