Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/316

Ta strona została skorygowana.


Kolumnę formowano z pośpiechem. Ci, co przyszli, zaledwie mieli czas oddać zawiniątka z chlebem, z bielizną, przemówić dwa słowa, uśmiechnąć się, pożegnać.
Ci, których nikt nie żegnał, udawali obojętność, lub patrzyli ponuro w ziemię.
Jeden z młodych skazańców odwrócił się od matki, która go żegnać przyszła, i zacisnąwszy zęby, klął przez nie. Inny sam do pośpiechu naglił. Największa część zachowywała się apatycznie, kobiety szlochały.
W otwartych oknach, we drzwiach kancelaryi cisnęli się ciekawi. Pomiędzy nimi stał z bezczelną twarzą i papierosem w zębach pan pisarek, robiąc głośne uwagi o stojących w kolumnie dziewczętach i zerkając ku Hance. Właśnie musiał coś dowcipnego powiedziéć, bo cała kupka jego słuchaczy wybuchnęła wesołym śmiechem, kiedy nagle Mańka Czerkas obejrzała się, i ująwszy pod boki, pokazała im język jak długi.
Śmiech głośniejszy jeszcze przyjął to zuchwalstwo dziewczyny.
Wtém zaturkotały wozy, na których leżały zawiniątka i siedzieli chorzy więźniowie. Oficer wyszedł przed kolumnę, obejrzał ustawionych, dobył pałasza i zakomenderował.
Uderzono w bęben. Urwany, głuchy odgłos odbił się posępném echem.
Jeden z więźniów odkrył głowę, inni poszli za jego przykładem.
Wtedy słońce rzuciło się złote całe na te pogolone głowy, rozjaśniając je jakąś tragiczną aureolą, a wśród głębokiéj ciszy słychać było dzwoniącego w błękitach skowronka.