Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/35

Ta strona została skorygowana.


ki, gdzie ją zostawił, ani na podwórku, niespokojny do okienka szedł patrzyć, co się z nią stało.
Zobaczywszy go, dziewczyna szybko otarła oczy.
— Czego ty płaczesz, Kasia? — zapytał chłopiec.
— A czegóżbym płakała, jak nie téj złéj doli mojéj z temi oczami... Kałużny do wody wpadł, i tyle... a teraz się odgrażają... bić może będą!... a tatuńcia niema!
Chłopiec, słysząc to, zafrasował się mocno. A jednak, wyznać trzeba, że uczuł pewne zadowolenie na myśl, że może mu dziewczyny bronić wypadnie.
Od okna przeszedł do drzwi, obejrzał skobelek, zamknął, zastawił ławą; sam zaś, ująwszy kij starego Pawła, przy oknie stanął, czekając napaści. Kasi tymczasem polecił siedziéć na zapiecku, w najbezpieczniejszém, jak mu się zdawało, miejscu.
Podczas tych przygotowań do obrony mówili z sobą półsłówkami, zcicha, jak mówią ci, którym zagraża wielkie i blizkie niebezpieczeństwo. Kasia płakać przestała, Uriel oczekiwał napastników z bijącém od zmieszanych wzruszeń sercem. Była tam i obawa, i duma, i budząca się w nim bujność zuchwała, młodzieńcza. Tak minęła godzina, mniéj może. Heroiczne to jednak usposobienie bohaterów naszych na nic się tym razem nie zdało, gromadka bowiem ratujących rozeszła się powoli do domów, a ci, co najzawzięciéj Kasi wygrażali, razem z Kałużnym pociągnęli do narożnego szynczku na rozgrzewkę. Gdy znikli, Uriel westchnął głęboko. Było to może odetchnienie ulgi pełne dla ściśnionych niepokojem piersi, a może westchnienie żalu, że nie mógł okazać, jaki to on mocny,