Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/41

Ta strona została skorygowana.


Wreszcie opamiętał się jakoś, dziewczynę na ręce wziął i do chaty swojéj niósł, chwiejąc się cały, jak człowiek, który dźwiga ciężar nad siły. Długo leżała w gorączce Kasia biedna, rzucając się i krzycząc po nocach ratunku; długo potém, z sił wyczerpana, leżała nieruchoma, z zamkniętemi oczami. Nareszcie młodość przemogła chorobę, rana zabliźniła się, a blada dziewczyna wstała z ubogiego tapczana na życie dalszéj niedoli.
Uriel dopiero w czasie choroby Kasi poznał, jak drogą mu była. Tęsknił bez niéj, marniał, sechł, jak kwiat bez rosy; a kiedy dziewczę pierwszy raz stanęło w blaskach dnia jesiennego na progu swojéj chaty, rzucił się do niéj i poczuł, że kocha.
Dziewczyna téż na widok jego pięknéj, pobladłéj twarzy, zmieszała się dziwnie, a w uszach jéj zabrzmiał echem głos złowieszczy ścigającego ją tłumu, który ją i tego żydowskiego chłopca w jedném łączył przekleństwie.
Zadrżała. Zdawało jéj się, że ten tłum wyjący pędzi tuż, tuż za nią, że ją napiera, popychając nad brzeg przepaści straszliwéj, na dnie któréj, w płomieniach cały, Uriel wyciąga do niéj ramiona.
Chwyciła się odźwierka, żeby nie upaść, i przymknęła oczy olśnione.
Było jéj miło i straszno czegoś. Oprzytomniawszy, poruszyła ustami, chcąc się uśmiechnąć do patrzącego w nią, jak w obraz, chłopca, ale uśmiech ten zagasiły dwie łzy, jasne i wielkie, któremi przemówiły bez słów „uroczne” jéj oczy.
Odtąd uczucie, łączące Uriela i Kasię, nabrało jakiéjś gorącéj barwy, podobnie, jak rozwijające się