Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/44

Ta strona została skorygowana.


Kasia bywała blada, milcząca, roztargniona czegoś, niechętnie zabierała się do roboty i nieraz polewka nie była gotową, gdy ojciec świtaniem powrócił.
Pobłażał jednak Paweł jedynaczce swojéj, — była sierotą, nie miał serca jéj łajać, folgował.
Dziwno mu tylko było, że Kasia nie posiała w ogródku swoim krasnych maczków, ni lawendy, ni ostróżek modrych, i że mu się nie wiesza na szyi, prosząc o paciorki lub wstążkę, jak owo dawniéj bywało.
— Ot, sumuje czegoś! zwyczajnie sierota, bez matki!
I wzdychał.
Tak przeszło lato, burzliwe w tym roku, pełne piorunów, nawałnic, chmur czarnych jak noc i oślepiających błysków. Ziemia była rozpalona; parne powietrze wrzało. Burze biły plony ziemi; do rzeki, która się niosła z szumem ogromnym, przystęp był trudny, sieci trzeba było nastawiać z mozołem wielkim.
Stary Goebel dopadkami tylko suszył piękne, jaskrawe pasma wełny swojéj; parobek jego chodził chmurny, z zaiskrzonemi, jak wilk, oczyma.
W powszechnéj trosce o chleb codzienny zapomniano jakoś o Kasi. Naraz, w jesieni, ludzie, przechodzący około chaty Duniaka, posłyszeli głośny, zawodzący płacz kobiecy i krzyk ogromny drżącego, męzkiego głosu, i klątwy, i jęki. A w chwilę ucichło wszystko nagle, snadź opanował się ten gniew wielki i zdusił nadludzką siłą woli wpół wybuchu.