Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/55

Ta strona została skorygowana.


cy rozrzucił mu poły długiego chałata i przynosił szum oddalony, z którym łączyła się jakby modlitwa.
Był to, zwykły o wiosennym nowiu, duet rzeki, wezbranéj całą pełnią wód swoich, i starego Hersza, który dziwnie, przenikliwie wzywał dziś Jehowy o dotrzymanie dawno uczynionych obietnic, obietnic, danych ojcom ojców jego.
Gwiazdy już poczynały gasnąć, kiedy stanęli u chatynki nędznéj, przytulonéj pod lasem, schowanéj prawie pod gałęziami, jak gniazdo ptasie.
Przy chacie téj nie było nic zgoła. Ni grządki, ni płotka, ni studziennego żórawia, ni obórki jakiéj, ni chlewika. Stała sama pod lasem, dumająca, zgarbiona, podporą pod lewy bok ujęta, z roztrzęsionym dachem, i widoczném było po jéj rozmiarach, że jednę tylko izbę mieściła w sobie. Ot, nędza — i tyle.
Opodal, gdzie rzedniał brzeg lasu, widać było bielejące chaty duże, szeregiem między kwitnącemi sadami stojące; to były Majdany leśne.
Psy trwożliwie oszczeknęły się ztamtąd na podróżnych naszych, gorliwsze na drogę wybiegły, ale przycichły wkrótce; pod las nie poszedł żaden.
— Wejdźcież — mówiła stara, chatę otwierając z zaszczepki, gdy Uriel bez tchu prawie oparł się ciężko o pierwszy sośniak z brzegu, — wejdźcie, chłopiec śpi pewno.
Jakoż spał.
Uriel, potknąwszy się zrazu w ciemności, ujrzał przy rozdmuchaném przez starą łuczywie najprzód chustę grubą, na ziemi przed kominkiem zwiniętą, a późniéj śpiącego na niéj chłopczynę. Rzuciło mu się w piersiach serce, jakby ukropem oblane... staréj z rąk