Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/56

Ta strona została skorygowana.


kaganek chwycił i chłopcu przypatrywać się począł chciwie.
Dziecko było drobne, niezwykle piękne, z twarzyczką bladawą, ściągłą, na którą ciemne rzęsy u spuszczonych powiek rzucały jakiś cień żałobny, sierocy. Brudne było, zaniedbane, głodne może. Bose nożyny zimne były, twarzyczka szczupła bardzo, oczęta jakby nabrzmiałe po niedawnym płaczu.
Uriel poruszył ustami niewyraźnie, jakby mówić chciał, czy całować; nagle schylił się, chwycił dziecko w ramiona, chałatem go swoim okrył, a rzuciwszy staréj pieniądze, jakie miał, wybiegł z chaty, nie oglądając się nawet.
W pierwszéj téj chwili nie obliczał się z niczém. To drobne ciałko dziecięce, przytulone do jego odkrytéj piersi, senne, oddane mu zupełnie, przejmowało go dreszczem nieznanéj dotychczas rozkoszy.
Olśniony jakby, nie patrząc drogi, biegł, i dopiero przed samą farbiarnią oprzytomniał nieco, usłyszawszy głośne chrapanie parobka pod szopą.
Przyszło mu na myśl, co ludziom powie?
Do dziecka tego, bądź-co-bądź, głośno przyznać się nie mógł; miał żonę, krewnych.
Lecz wyrzec się go — było téż już teraz nad siły jego. Przed kilkoma godzinami wprawdzie nie wiedział o jego istnieniu, lecz teraz, gdy je tak długo, tak gorąco tulił w ramionach, gdy czuł oddech jego, równy, leciuchny oddech, muskający mu twarz pałającą, teraz kochał je.
Uścisk jeden zbliżył te dwie istoty, rozdzielone wszystkiemi prawami świata.