Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/67

Ta strona została skorygowana.


Przybrawszy się tedy w jedwabną, szeleszczącą suknię i w czepiec z żółtemi wstęgami, ruszyła Hana do miasteczka, pełna najświetniejszych nadziei.
W miarę jednak, jak się zbliżała do celu swéj drogi, ogarniało ją zakłopotanie jakieś; przeczuwała zapytania drażliwe, na które wolałaby nie odpowiadać. Przede drzwiami już samemi zawahała się niemal, i kto wie, jaki wycieczka ta miałaby koniec, gdyby nie zjawienie się Mendla Szajnermana, starszego z kahału, który téż do rabina szedł.
Mendel otworzył drzwi i Hanę przed sobą puścił.
— Do rabina? — zapytał zcicha.
Hana skinęła głową.
Mendel dyskretnym był; pierwszą stancyę w milczeniu przeszedł i już miał Hanie drzwi drugie otworzyć, gdy nagle przypomniał coś sobie, za rękę chwycił ją, wstrzymując, i sam poszedł przodem.
Bawił długą dość chwilę. Gdy wyszedł wreszcie i Hanę wpuścił, rabin, nie czekając jéj odezwy, rzekł:
— Sierotę macie u siebie?
— Nu, tak — odpowiedziała Hana.
— Chłopiec to chrześciański jest — dodał rabin, — a ty nie będziesz miéć dzieci, póki on w domu.
Hana klasnęła w ręce. Przeczucia jéj nie były więc daremne.
Zdawna nienawidziła chłopca tego, instynktem czując w nim przeszkodę do szczęścia swego. I oto wszystko się sprawdziło.
Tyle lat, tyle lat straconych! Mogłaby już miéć z tuzin mniejszych lub większych bachorków. Och!
Myśli te błyskawicą przez mózg jéj przemknęły,