Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/75

Ta strona została skorygowana.


koby słyszał głos drugi, słodki, niewieści, błagający o przebaczenie dla niego. I dusza mdlała mu w piersi, a z oczu przez palce trysnęły łzy — i tak w rozmyślaniach boleści pełnych trwał aż do zmierzchu. Dopiero wieczorna cisza zbudziła go z zadumy.
Nazajutrz, wczesnym rankiem Szajnerman na farbiarnię powrócił. Twarz jego jednak nie miała w sobie téj powagi, spokoju, co wczoraj. Przelatywały po niéj jakieś nagłe cienie i błyski, oczy jego rzucały się szybko z przedmiotu na przedmiot, usta zmuszały się do uśmiechu. Wczoraj przyszedł z czołem wzniesioném wysoko, dziś skradał się niemal. Zdawało się, że długa rozmowa z Mowszą zostawiła jakiś ślad brudny na jego czole.
Zmieszany był, ale przyjacielski bardzo.
— Nu — zawołał od progu zaraz, — dzisiaj zgodzimy się pewno. Ja trochę ustąpię i wy téż trochę ustąpicie. Byłem u rabina — tu zająknął się; — chłopiec w mieście może zostać, ale nie u ślusarza. Niech nie będzie ani mnie, ani tobie, jak ten powiada...
Odsapnął kilka razy głośno i przy stole usiadł.
— Ja wam co powiem — rzekł. — Stary Hersz na szlabanie potrzebuje chłopca takiego; głuchy jest, ludzie wołać muszą i stać, robota łatwa i we dnie tylko, bo nocą mało kto teraz jeździ. Jeśli chcecie teraz zgodę zrobić, tam go dajcie, choćby dziś.
Uriel po walce, jaką przebył sam z sobą, czuł się zupełnie przybitym, złamanym, energia jego wyczerpaną była. Propozycyi téj nowéj słuchał w milczeniu.
Hersza starego znał, iż uczciwym człowiekiem był; warunek oddalenia, który mu najcięższym się zdawał, w téj kombinacyi miejsca już nie miał. Zresztą,