Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Barbara Tryźnianka.djvu/333

Ta strona została przepisana.

seryo. Chciałbym jej byt zabezpieczyć, ale ma stado łajdaków w rodzinie, którzy ją ograbią.
Nie mam szczęścia do familii moich blizkich — zaryhotał zcicha, szyderczo. Tylko tamci nie mieli interesu w mojej śmierci — i byłem od nich bezpieczny — a ci się okpią.
Testament mam zrobiony zawczasu.
Tomek zacisnął pięści, że mu paznogcie wrzynały się w dłonie — ale milczał.
— Cóż, namyśl się. Dam dla Mizzy do stu tysięcy koron. Zrobisz karyerę, chłopcze.
— Jakto? Przecie muszę się za to z nią ożenić.
— Rozumie się. Dostaniesz list do mego rejenta w Wiedniu — i on ci po ślubie zapłaci.
— A ona się zgodzi?
— Dlaczegożby nie?
— Ano, chociażby dlatego, że mogę po ślubie tysiące zabrać a jej pokazać figę.
— Mizzy da sobie radę z tobą.
— A fundusz pana hrabiego kto ma dziedziczyć?
— Siedmnaście osób dalekiej rodziny. Będą się procesować i drzeć o to — aż im nic nie zostanie. Żałuję, że tego widzieć nie będę.
— A pani hrabina?
— Pani hrabina, jak zechce — może się z tymi siedmnastu też procesować. Ale to mnie nic nie obchodzi. Namyśl się nad moją propozycyą — i podaj mi tu z biurka papier, tekę