Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Hrywda.djvu/035

Ta strona została przepisana.

Dotknął ręką piersi, gdzie miał chustkę z pieniędzmi, i zasępił się.
Jechali w milczeniu już do folwarku dzierżawcy.
Na dziedzińcu tamże Kalenik klacz zostawił, uczepiwszy jej do głowy worek z obrokiem, i czekał na żyda.
Żyd się wcale nie kwapił. Parę godzin zajął targ o wołu; parobek, nauczony cierpliwości od dziecka, od czasu do czasu tylko przypominał, że noc się zbliża.
Nareszcie przyszła i na niego kolej.
Żyd zacenił stóg czterdzieści pięć rubli; traktował chłopa z góry, nie chciał słyszeć nawet o ustępstwie. Stóg, który przy dziale nazwał najgorszym, teraz był najlepszym — ano, i Kalenik zapłacić był powinien za fur dwadzieścia, a nie, jak przy dziale było przyjęte, piętnaście.
Zresztą jak sobie chłop chce! On (żyd), tego siana nie ma na sprzedaż i robi mu szczególną łaskę.
Kalenik, który rachował, że z danych mu przez stryja pieniędzy zostanie choć trochę groszy na wódkę i tytoń, ujrzał ze zgrozą, że mu jeszcze dwóch rubli zbraknie.
Targował się ząb za ząb, wymyślał żydowi, to go błagał; zaklinał się, że więcej nie da,