Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Hrywda.djvu/112

Ta strona została przepisana.

— Wiadomo, że ty durny! — pobłażliwie rzekł Sydor.
Hrywda, oddawszy co boskiego Bogu, szumną, huczącą falą wylała się na gościniec. Tu chwilę skupił się tłum, ale wnet rozbiegł się w stron kilka, rozbity na drobniejsze potoki.
Starzy pociągnęli w pola jeszcze puste, aby runie obejrzeć i o dawnych czasach pogwarzyć; odpowiedzialni chat gospodarze zwrócili się do zarządu gminy, gdzie, jak w każdą Niedzielę, sądy się odbywały i narady; parobcy zdążali do karczmy: tylko kobiety wracały do chat, do ognisk, kwapiąc się, by parogodzinną zwłokę odpracować.
Po chwili kościół, pusty, duszny od kadzideł, zamknął sługa, aż do następnej Niedzieli.
Kalenik doczekał się Łucysi i Tychona. Wracali, jak przyszli, razem — pod eskortą matki. Przyłączył się do nich i rozmawiali o potocznych sprawach.
Dochodząc karczmy, Hubenia zaproponował „porcyą“.
Weszli, bo żadne chłopskie serce tej się pokusie nie oprze.
Parobek kazał dać kwartę wódki i śledzia dla każdego.