Strona:PL Marrene Dzieci szczescia.djvu/108

Ta strona została skorygowana.
104
──────


Marcela słuchała ją chmurna, lub nie słuchała wcale. Marzenia siostry nie miały dla niéj żadnego znaczenia. Ta nowa siedziba, o któréj ona mówiła wesoło prawie, jak dziecię, pożądające zmiany, przejmowała ją dreszczem trwogi i wstrętu. Mierzyła dotąd ludzi skalą wydatków, nie dziw więc, iż przyszłość przedstawiała się jéj, jak otchłań upadku i nędzy, w któréj nie mogła dopatrzéć żadnego jaśniejszego promienia.
— Wierz mi — mówiła daléj Jadwinia — wszystko będzie lepsze od tych pustych, zapieczętowanych pokoi, od tego bezładu, w jakim teraz żyjemy. Chciałabym, aby się to raz skończyło.
Ale na myśl o porzuceniu tych miejsc, w których królowała, kochała, była szczęśliwa — Marcela czuła dziwne ściśnienie serca.
— O! gdybym ja mogła umrzéć! — zawołała z nagłym wybuchem.
— Marcelo! Marcelo! — powtarzała młodsza siostra, przerażona tym rezultatem swojéj wymowy — nie kochasz mnie, kiedy tak mówisz!
— I cóż ja mogę dla ciebie uczynić? — odparła ponuro. — Czyż nie jestem tak samo, jak ty, ogołocona ze wszystkiego; czyż nie jestem również skazaną na nędzę?
To była jéj myśl główna, źródło téj niepocieszonéj boleści, która przybierała tylko formy różne. Strata ojca, zerwanie z narzeczonym — te dwa powo-