Strona:PL Marrene Dzieci szczescia.djvu/111

Ta strona została skorygowana.
107
──────


tę oznakę współczucia rodzinie. Pomiędzy niemi znalazł aż cztery bilety pana Melchiora. Widocznie usiłował on widziéć się z Marcelą, a ponieważ ona nie przyjmowała nikogo — przysłał bukiet. Był to poseł wymowny, choć milczący. Wobec sieroctwa, opuszczenia, ruiny — przypomniał, iż był człowiek, co kochał Marcelę i pragnął powrócić jéj to wszystko, co straciła.
Stanisław dotąd mieszał się tak mało w sprawy rodzinne, iż nie wiedział nawet o urzędowych oświadczynach starego kawalera; wszyscy jednak w domu znali jego uwielbienie dla Marceli; chcąc jéj dokuczyć, prześladowali ją panem Melchiorem i śmieli się z niego za plecami bardzo po cichu, jak śmiać się można z ludzi milionowych.. jeśli blask fortuny pozwala dostrzedz śmieszności. Bukiet, liczne wizyty, a wreszcie ostatnia rozmowa z Ryszardem, którą dobrze pamiętał, otworzyły nagle oczy Stanisławowi. Z dziwną u niego żywością podniósł bukiet, upuszczony przez siostrę, szukał naczynia, w którémby go mógł umieścić, a nieznajdując go, nalał szklankę wody i włożył do niéj kwiaty z niezwykłą starannością.
— Po cóż to? — odezwała się z niechęcią Marcela.
— Po co? Kwiaty pana Melchiora mogą ci być obojętne, ale on o tém wiedziéć nie powinien.
— Zkądżeby wiedział?