Strona:PL Marrene Dzieci szczescia.djvu/141

Ta strona została skorygowana.
137
──────


— Biedna Marcela! — pochwycił gospodarz domu — cóż się z nią dzieje?
Pan Hyacenty był w stanie dać na to pytanie wyczerpującą odpowiedź. To téż przez całe śniadanie, złożone z kilku dań, roztaczał malowniczo, z bogactwem niezmierném szczegółów, nie wiedziéć gdzie pochwytanych, obraz położenia rodziny Sawińskich, a szczególniéj Marceli, która po śmierci ojca, była jéj głową.
Prezes był zapewne uwiadomiony o zerwanem małżeństwie, bo nie okazał najmniejszego zdziwienia. Nie oburzał się téż na Czerczę. Może zbytecznie znał ludzi, by się czemu dziwić, nadto rozumiał położenie ludzkie, by się oburzać. Dla niego fakt ten miał wielkie znaczenie; był mu po myśli, słuchał więc, nie wypowiadając zdania żadnego. Przymrużone oczy nie schodziły z pana Hyacentego, chociaż najbystrzejszy badacz nie wyczytałby z jego twarzy tego, czego pokazać nie chciał.
— Ten Czercza mówią, to bardzo zdolny człowiek — rzucił obojętnie, nakładając sobie na talerz zimnego pasztetu.
— Dziś karyera jego zwichnięta; obruszył na siebie opinje, porzucając narzeczoną — mówił Hyacenty pewny, iż trafia do przekonania pryncypała — takie jest zdanie powszechne.
Zatrzymał się nagle, spotkawszy ironiczne wejrzenie, które z za szkieł okularów strzelało ku niemu.