Strona:PL Marrene Dzieci szczescia.djvu/171

Ta strona została skorygowana.
167
──────


powód zmartwienia, co pragnie tylko jéj szczęścia. Powiedz jéj to...
Mówił to z prawdziwém uczuciem, ale Stanisław przerwał mu ze śmiechem.
— W takim razie, nie będzie to sprawa między nami tylko...
— Masz pan słuszność; najlepiéj nie mów jéj pan nic.
Stanisław wszedł na niebezpieczną drogę, cofnąć się było trudno. Doświadczał tego, co doświadczać musi człowiek, biegnący po wązkiéj kładce, rzuconéj na urwisku: musi iść naprzód lub się stoczyć w przepaść. Teraz dopiero przypomniał sobie, jak prosiła go Marcela, by przez dni parę mogła w spokoju wyrozumiéć położenie. Przyszedł tu nawet w téj myśli.
— Za parę dni — wyrzekł siląc się na uśmiech, choć ten z trudnością przychodził mu na usta — zobaczy pan u nas nowy porządek.
— Stawię się zaraz jutro.
— Nie, nie: wstrzymaj się pan, zostaw czas Marceli, niech się rozpatrzy, urządzi.
Pan Melchior nie widział powodu, dla któregoby to miał uczynić. Pragnął być doradcą Marceli, pragnął widziéć jéj zadowolenie. Przyszło mu wreszcie na myśl to, czego Stanisław wypowiedziéć nie mógł, iż obecność jego w téj chwili wyglądałaby, jak nadzór nad powierzonym kapitałem, a on przecież nie chciał w ten brutalny sposób wpływać na postanowie-