Strona:PL Marrene Dzieci szczescia.djvu/196

Ta strona została skorygowana.
192
──────


— Gdzie idziemy? — zapytał nagle Tomilski, widząc, że mijali mieszkanie prawnika.
Ryszard nie odpowiedział; szedł daléj z głową pochyloną, jakby nie słyszał, pochłonięty myślą jedną.
Za Bielańską ulicą skręcili na Tłomackie, wydobywając się z ulicznego tłumu. Tutaj panowała względna cisza i można było rozeznać odgłos kroków, pod któremi śnieg skrzypiał.
— A jednak — zawołał nagle, zatrzymując się Czercza — ta kobieta mnie kochała. Nieprawdaż Jerzy, ona mnie kochała!
Było coś rozpaczliwego w tém pytaniu, które rzucał towarzyszowi, jak gdyby nie dowierzał sam sobie.
Z kolei Jerzy milczał, bo któż jest w sercu drugiego człowieka, by mógł za niego odpowiedziéć?
— Ona tak dumna, ona tak szlachetna! Nie, to być nie może! Choćbym widział sam, nie uwierzę...
Temi słowami chciał uciszyć jakąś straszną burzę zwątpień, powstającą mu w myśli.
— A jednak on tam był, Jerzy! on tam może jest jeszcze...
Ryszard pochwycił znowu ramię towarzysza i powracał tą samą drogą na Krakowskie Przedmieście, by się przekonać, czy kareta prezesa jest jeszcze tam, gdzie ją widział.
Jerzy próbował go uspokoić, mówił mu to wszy-