Strona:PL Marrene Dzieci szczescia.djvu/248

Ta strona została skorygowana.
244
──────


biała nic jeszcze, ale surowe, przeszywające oczy Praksedy domagały się odpowiedzi.
— Maluję na porcelanie — odparła, spuszczając oczy.
Stara panna pokręciła głową; niecierpiała artystów — nawet sam artyzm był dla niéj rzeczą podejrzaną.
— A dużo pani zarabia?
— Różnie — tłumaczyła się Jadwinia — stosownie do tego, co maluję.
Odpowiedź ta nie zadowolniła Praksedy, lubiła ona wszystko miéć czarno na białém, lekceważyła rzeczy nieokreślone i patrzała badawczo w swoją lokatorkę, jakby chciała ją przeniknąć do głębi. Jadwinia się zmieszała, czuła się wśród wrogiéj atmosfery; ona, co przywykła do pieszczot siostry, do przyjaznego otoczenia, była tu obezwładnioną, jak ptaszyna pod okiem węża.
— A jakże można w takim razie regulować wydatki? — zapytała podejrzliwie Prakseda.
Jadwinia nie umiała na to odpowiedziéć; wlepiła w nią powiększone przerażeniem oczy.
— Takie rzeczy wiedziéć potrzeba — ciągnęła daléj Prakseda — bo inaczéj...
Lucyna dotąd obojętnie słuchała téj całéj rozmowy, zapijając z największą flegmą herbatę i zajadając bułki; teraz uczuła się zapewne w obowiązku poprzéć siostrę i pochwyciła jéj ostatnie słowo.