Strona:PL May - Matuzalem.djvu/27

Ta strona została skorygowana.

Chińczyk stał wciąż z otwartemi ustami i wybałuszonemi oczami. Zamarł, skostniał cały.
— Co z panem? — zapytał zatroskany Matuzalem. — Czy tknął pana paraliż? Czemuż to moje słowa wywarły na panu tak piorunujące wrażenie?
Ujął „Syna Niebios“ za plecy i potrząsnął nim kilkakrotnie. Chińczyk ocknął się z chwilowego odrętwienia. Podszedł do drzwi, zaryglował je, uchwycił studenta za ramię, zaprowadził go szybkiemi krokami do prywatnego pokoju za sklepem i usadził na krześle, splecionem z bambusu.
— Przyjacielu! — zawołał, przeplatając chińskie wyrażenia niemieckiemi. — Jedzie pan naprawdę, naprawdę do Tszino, do mojej ukochanej ojczyzny?
— Tak. Jutro rano.
— O, Panie Niebios, Blasku Słońca, Istoto Czasu i Przestrzeni! Co za szczęście, co za przypadek sprzyjający! Przyjacielu, moje życie należy do pana, mój majątek jest pana majątkiem, Wszystko, wszystko może pan wziąć — nie mogę panu podarować jedynie moich przodków. Pan może mi wyświadczyć taką przysługę, że najhojniejsza zapłata jej nie dorówna.
— Chętnie, chętnie, o ile mogę. Cóż takiego mam zrobić?
— Sprowadź pan moją żonę, sprowadź pan moje dzieci!
— Z największą przyjemnością! — roześmiał się student.
— Niech pan tak nie mówił To, o co pana

23