Strona:PL May - Matuzalem.djvu/536

Ta strona została skorygowana.

Wszyscy wylegli na ulicę. Nie mogli wyjść z podziwu. Zaczęło się od zwykłych rac, od żab, kół i kul ognistych — od pocisków. Następnie kule układały się w słowa i obrazy, wiły się długie ogniste węże, a jednocześnie płonące smoki krążyły dookoła siebie; wreszcie wybuchły i rozsypały się na setki drobnych węży i smoków. Powoli wzniósł się na niebo kulisty papierowy lampjon; pośrodku zdawała się płonąć mała świeczka. Na znacznej wysokości zatrzymał się i wypuścił z siebie księżyc, który zaczął powoli krążyć dookoła, a następnie gwiazdy, które zakreślały szersze koła. Wreszcie lampjon przeobraził się w jasne słońce, przy którego świetle można było doskonale przeczytać najdrobniejsze pismo.
Goście byli zdumieni wspaniałym widokiem. Skończyło się po godzinie. Wrócili zatem do pokoju, gdzie znów zaczął się lać szampan. Ryszard, na skinienie Matuzalema, zagrał na pianinie. Godfryd, zwracając się do kapitana, szepnął:
— Skoro wszyscy się popisują, to dlaczego i ja nie miałbym się popisywać?
— Pan? Może na oboju?
— A co pan myśli? Nie wierzy pan? Uważaj więc!
Wyszedł na chwilę, poczem wrócił z fagotem w ręku.
Zbliżył się do Ryszarda, który w tej chwili przesłał grać i szepnął:
— Spróbujemy razem, chłopcze?
— Spróbujemy, ale coś poważnego.

142