Strona:PL May Nad Rio de la Plata.djvu/15

Ta strona została skorygowana.
—   5   —

Przybysz miał w swej twarzy coś odpychającego już na pierwszy rzut oka, — dlatego odpowiedziałem krótko:
— Dzień dobry. Czem mogę służyć?
— Przychodzę złożyć do usług pana wszystko, czem tylko rozporządzam — ozwał się, wywijając cylindrem w jedną i drugą stronę, i spojrzał na mnie z ukosa świdrującem spojrzeniem.
— Tak? Może mi pan będzie łaskaw przynajmniej powiedzieć, z kim mam przyjemność...
— Nazywam się sennor Esquilo Anibal Andaro i jestem właścicielem wielkiej estancyi w okolicy San Fructuoso. Wasza łaskawość raczyła słyszeć już o mnie zapewne...
Zdarza się czasem, że już samo nazwisko człowieka mówi coś-niecoś o nim. I w tym wypadku nazwisko „Ajschylos Hannibal Przemytnik“ nie wzbudziło we mnie zbytniego ku przybyłemu zaufania.
— Przykro mi — rzekłem, — że dotychczas nie miałem sposobności słyszeć podobnego nazwiska. No, ale skoro je już znam, możeby mi pan powiedział, co pan właściwie posiada do rozporządzenia.
— Ja? A no, pieniądze i... wpływy.
To powiedziawszy, znowuż spojrzał na mnie z ukosa wzrokiem szelmowskim, jakby wyczekując odpowiedzi.
— Hm! pieniądze i wpływy... To są rzeczy wcale nie do pogardzenia. Czy pan przybył do mnie istotnie w celu ofiarowania mi swoich usług tego właśnie rodzaju?
— Byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby czcigodny pan raczył skorzystać...
Szczególne! Obcy zupełnie człowiek ofiaruje mi pieniądze i rozmaite ułatwienia w stosunkach towarzyskich i społecznych! Co to ma znaczyć?...
— Dobrze, sennor; zgadzam się i na jedno i na drugie, ale najpierw wezmę pieniądze.
— Wasza wielmożność raczy tedy oznaczyć wysokość sumy.